IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Valeria Hreidarsson

Go down 
AutorWiadomość
Valeria Hreidarsson

avatar

Liczba postów : 885
Join date : 29/04/2014

PisanieTemat: Valeria Hreidarsson   Wto 29 Kwi 2014 - 21:00



Valeria Hreidarsson



wiek: dziewiętnaście
urodziny: czwarty lipca
czystość krwi: jedna czwarta
narodowość: amerykańska
miejsce zamieszkania: Belfast, Maine
rodzina: Hermann, Monica i braciszek Cody
kierunek: Arytmetyka

Ojciec Valerii przybył do Ameryki aż z Islandii – nie w poszukiwaniu lepszego życia, ale uciekając przed swoją matką, której wstydził się całą swoją młodość. Matka Hermanna, Frida, była bowiem znaną na całą Islandię wieszczką, a, jak wszyscy wiemy, nie ma takich rzeczy jak magia.
Hermann był przekonany, że gdyby magia istniała, to a. wszyscy by o tym wiedzieli, bo to takie niesprawiedliwe, mieć tyle mocy i z nikim się nie podzielić b. on przynajmniej by o tym wiedział, bo wedle wszystkiego, co mówiła ta wariatka, dar magii był dziedziczny, a on, cóż, był jej jedynym synem. Ile by się jednak nie wpatrywał w runy, które mu pokazywała, ile by razy nie szukał przyszłości w gwiazdach, od tego całego nonsensu robiło mu się tylko niedobrze.
Tak więc wyjechał. Jako człowiek praktyczny i wysoce moralny, nie radził sobie najlepiej w Nowym Świecie pełnym wyścigów szczurów i przepychanek na szczeblach drabinek donikąd. I pewnie wróciłby do tej swojej szalonej matki (która znalazła mu żonę, w zasadzie główny powód jego wyjazdu), gdyby nie to, że, cóż, uderzyła go Prawdziwa Miłość.
I tak oto ze strachu przed nieznanym, rozczarowania i ucieczki urodziła się mała Valeria, a potem i mały Cody, i jakoś żyło im się w Belfaście, stan Maine, nie mylić z Irlandią Północną. Chociaż prapradziadek ich matki pochodził ze słonecznej Italii, a matka ich ojca, cóż, była islandzką wieszczką, dzieciaki całe dzieciństwo spędziły w Ameryce i ani im się śniły zagraniczne wojaże.
Aż do TEGO dnia.
Wyobrażam sobie, że każde mugolskiego pochodzenia magiczne dziecko przechodzi TEN dzień, w mniejszym lub większym stopniu. Nadmuchuje ciotkę. Zamienia w żabę kota sąsiadów. Coś tak standardowego. Valeria od dzieciństwa nie lubiła jednak standardów, dlatego któregoś dnia zeszła na śniadanie do kuchni, spojrzała na swoje naleśniki i powiedziała: za dwie godziny będzie tutaj ciocia Gretchen i powie wam, że jej mąż umiera.
W lato po TAMTYM dniu Valerię w końcu zabrano do babci i jakoś to poszło. Hermann bardzo wzbraniał się przed kontaktem ze staruszką, ale czy miał jakieś wyjście? Nie będzie mu dziecko przyprawiać żony o stan bliski zawału serca. Frida orzekła, że mała jest wieszczką i ona chętnie się nią zaopiekuje, ale że oni wtedy byli już do bólu amerykańscy, nikt nie chciał zostawiać dzieciaka w dziczy i tak sobie wylądowała w Atlantis.
Gdzie wylądował też jej brat. Rok później. Biedny Hermann! Tylko jego ominęła ta zabawa.
Gdy tylko Valeria skończyła szkołę, chciała wyjechać do Islandii, do babci i od niej uczyć się wszystkiego, co potrzebne, ale zawistny ojciec znalazł jej uczelnię na końcu świata i pod groźbą złamanego serca kazał tam wyjechać.

Valeria jest do bólu nieamerykańska, bo też do bólu normalna. Nie przypomina nawet brzydul z komedii o liceach, bo nie jest ani artystyczna, ani zaczytana w kiepskich książkach. Jest taka… nijaka. Trochę zamknięta w sobie, trochę nieśmiała, trochę bez wyrazu, ale bardzo zabawna, towarzyska i dynamiczna, kiedy potrzeba.
Normalna.
To chyba jest najlepsze słowo.
Wielu wróżbitów nie wierzy w swoje przepowiednie, ale Valeria – tak. Wprawdzie liczby interesują ją mniej niż runy, ale lepsze to niż patrzenie w gwiazdy, bo w nocy to się, moi drodzy,  śpi, a nie leży w zimnie na niewygodnym kocu. Więc liczy. I jest jednym z tych okropnych ludzi, którzy obżerają się w bibliotece.
Poza tym nie jest za dobra w zaklęciach, eliksirach czy innych takich. W zasadzie ogólnie nie jest dobra w byciu człowiekiem, bo po ojcu ma uciekanie od konfrontacji i ogólną tendencję do dawania sobą pomiatać. Prześladowali ją w mugolskiej szkole, potem Rozety dały jej szkołę życia w Atlantis, a tutaj, ech, aż się nie chce gadać.

Nie wiem jeszcze, czy Valeria jest ładna – pewnie trochę tak, ale bez przesady, zresztą i tak zawsze chodzi pozakrywana na tyle, na ile pozwala jej pogoda. Nie lubi być widoczną, przez co często zlewa się ludziom z otoczeniem i zdarza się nawet, że ktoś na niej przypadkiem usiądzie.
Taka cicha, szara myszka.
Szare oczy, brązowo-mysie włosy, z metra cięta, ot, takie dziewczątko.

przedmioty: wróżbiarstwo, wróżbiarstwo, wróżbiarstwo
inne: mops



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Valeria Hreidarsson
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yedyna taka australyjska szkola magyi :: Przewodnik :: Ted, przynieś tuckera na barbie-
Skocz do: